„Daj mi czas”, czyli czy zawsze należy czekać?

„Daj mi czas”, czyli czy zawsze należy czekać?

„Dziecko uczy się tylko wtedy, gdy jest na to gotowe” przedszkole Kabaty

Maria Montessori

 

Hasło bardzo ładne, bardzo związane z wolnością i bardzo przekonujące, ale… Co zrobić z pięciolatkiem, który jeszcze zupełnie, ale to zupełnie nie interesuje się literami, podczas gdy obok inne dziecko w tym samym wieku pisze samodzielnie „starożytność”?

Co zrobić z trzylatkiem, który od pół roku w zasadzie chodzi po sali i „nic nie robi”? Spaceruje, wygląda za okno, przysiada się do pracujących kolegów, obserwuje, czasem coś weźmie, ale zaraz odkłada i konsekwentnie nie podejmuje aktywności.

Obok inne maluszki przelewają, segregują, próbują liczyć, piętrzą, a  ten jeden – nic, tylko chodzi, patrzy i… odmawia współpracy.

Czy w takich sytuacjach nadal należy zachować spokój i dać czas? Nie zmuszać, nie zachęcać bardziej intensywnie? A może jednak jakaś nagroda? Naklejka?  Uśmiechnięta buźka na zachętę? Może pozwolić potem „robić co się chce”, ale najpierw wynegocjować pół godzinki z literami?

Wolność wolnością, czas czasem, ale co będzie, jeśli nigdy nie zacznie?! Czyż rolą nauczyciela nie jest jednak maksymalne zmotywowanie takiego dziecka? Ile można spokojnie czekać? Może „coś z nim nie tak”?

Przebywając wiele lat z dziećmi, obserwując codzienną pracę nauczycieli lub będąc rodzicem kilkorga rodzeństwa, dochodzi się do wniosku, że Maria Montessori miała rację: nie da się niczego przyśpieszyć.  Próbując „na siłę” i porównując można tylko zniechęcić, zepsuć, obrzydzić.

Nauczyciel montessoriański  poczeka,  popatrzy, nie będzie się napinał i stawał na głowie, żeby dane dziecko zrobiło mu tę przyjemność i „wzięło się wreszcie do pracy”, zaczęło pisać i liczyć. No dobrze, chociaż te szlaczki rysować, ale JUŻ! 😉

Będzie czekał i przypatrywał się ze spokojem dziecku, które bardziej obserwuje, niż działa. Przygląda się, słucha, podchodzi, ale zapytane „czy chciałabyś z tym popracować?” odpowiada stanowczo „nie”. Podobnie na kilka innych podobnych propozycji, przez wiele dni i miesięcy.

Nauczyciel wierzy (a ten bardziej doświadczony już wie), że to dziecko nie marnuje czasu. Ono uczy się przez obserwację. Za parę miesięcy okaże się, że potrafi robić to samo, co dzieci pracujące z pomocami, choć w zasadzie nigdy tej pomocy nie dotknęło. Prawdopodobnie przyjdzie dzień, że zechce z nią popracować, ale już na znacznie wyższym poziomie, bo ten podstawowy zna z codziennej obserwacji działań koleżanek i kolegów.

Pozwalając dziecku na to, aby było „tylko” obserwatorem, takim „wolnym elektronem” spacerującym po sali, ale z widocznym skupieniem na twarzy, osiągamy to samo, co pozwalając innym dzieciom na wielokrotne manipulowanie pomocami. Po prostu – są dzieci, choć jest to pewna rzadkość, które naprawdę wolą patrzeć i przysłuchiwać się, niż działać. Na początku. Z czasem zawsze znajdują pracę, w którą się angażują całym sobą,  ale nieraz trzeba długo i cierpliwie czekać.  I ufać.

Czy zatem nauczyciel/rodzic  ZAWSZE w takiej sytuacji ma NIC nie robić? Niezupełnie. Nie możemy przyśpieszyć rozwoju dziecka, ani jego gotowości, ale mamy wpływ na jego otoczenie. Nauczyciel nie zachęca namawiając codziennie przysłowiowego Jasia, żeby raczył poczytać książkę o Ali i Asie, ani też nie obiecuje mu Bóg wie czego w zamian. Jednak tworząc lub dobierając odpowiednie pomoce – piękne i odpowiadające zainteresowaniom dziecka – może sprawić, że gdy pewnego dnia gotowość zapuka do drzwi, one będą czekać i chłopiec chwyci za nie z radością.

Drugą rzeczą, którą może zrobić nauczyciel, a może nawet pierwszą i najważniejszą, jest praca nad samym sobą: abym nie był zbyt nachalny, abym nie komentował, nie porównał, nie dał się presji czasu, nie stracił wiary w rozwój dziecka ani we własną intuicję, która mówi mi, że trzeba spokojnie czekać. Może jutro… może za pół roku… pewnego dnia Jaś przyjdzie i poprosi „chciałbym popracować z literami”.  I na tę chwilę warto być gotowym.

***

Każdy człowiek ma w sobie cudowny mechanizm,  który samoistnie popycha go do działania, zdobywania nowych umiejętności, doskonalenia się, a także unikania niebezpieczeństwa, czy zaspokajania potrzeb.

Mechanizm ten jest bardzo spersonalizowany i działa od samego początku istnienia małego człowieka! Jeśli tylko uwierzymy, że ten wewnętrzny system jest rzeczywiście jedyny i niepowtarzalny, to będzie nam łatwiej uszanować jego „inność” w stosunku do własnego, a tym bardziej do mechanizmu dziecka sąsiadki, czy nawet brata bliźniaka.

To właśnie dziecko i tylko ono samo najlepiej  „wie”  kiedy jest głodne,  kiedy chce spać, a kiedy już czas postawić pierwszy kroczek, powiedzieć pierwsze słowo.  Dokładnie też wie, kiedy czas zacząć fascynować się wielkimi liczbami i dinozaurami, a kiedy „zbierać dane” obserwując bacznie otoczenie i nie tracąc energii na zbędne działania.

Mam bliźnięta. Jeden synek zaczął chodzić, gdy miał 11 miesięcy, a drugi w tym wieku zaczynał na dobre raczkować.  Mimo to, w wieku 2 lat obaj biegali tak samo dobrze i nikt już nie pamiętał, jak bardzo niektórzy porównywali ich umiejętności motoryczne pół roku temu. Za to ten drugi, gdy miał 4 lata pisał do mnie listy, a obecnie, jako sześciolatek przeczytał pierwszą książkę, podczas gdy pierwszy „chodziarz” jeszcze rok temu „brzydził się” kredkami i omijał szerokim łukiem pomoce związane z pisaniem. Za to lubił patrzeć jak inni to robią. Obecnie ich kolorowanki są nie do odróżnienia, choć, zdawałoby się, że ćwicząc rękę od 3 lat ma się lepsze umiejętności, niż władając kredką od 3 miesięcy. A jednak… Za rok w szkole nikt nie będzie wiedział, jak dokładnie przebiegał proces uczenia się moich synów. Każdy będzie miał inne talenty i umiejętności, ale te podstawowe narzędzia do ich rozwoju będą ukształtowane na poziomie „normalnym” dla dzieci kończących przedszkole.

Oczywiście,  dziecko trzeba obserwować. Zadawać sobie pytanie, czy na pewno nie działa czynnik, który je do danej aktywności zniechęca lub czy nie występują inne symptomy wskazujące na jakieś zaburzenia rozwoju.

Bardzo rzadko, ale jednak się zdarza, że konsekwentna i wybiórcza niechęć do konkretnych aktywności, czy bardzo opóźniony rozwój którejś ze stref poznawczych, jest oznaką jakiegoś deficytu. Wówczas na pewno warto szukać pomocy.

Najczęściej jednak dziecko, które „nie dość mocno” w naszych – dorosłych i często spaczonych stereotypami, skalami i normami – oczach angażuje się, stara, pracuje, uczy itd., tak naprawdę prosi nas tylko o jedno:

„WIERZ WE MNIE I DAJ MI CZAS.”

przedszkole Kabaty

przedszkole Kabaty

przedszkole Kabaty

przedszkole Kabaty

przedszkole Kabaty

Przeczytaj również:

>> Dzień w przedszkolu Montessori

>> Montessori w domu – proste zabawy dla dzieci w wieku 3-6 lat

>> Odwiedź nasz INSTAGRAM

Add Comment